Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one shot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Jimin/Suga (BTS) - "Insomnia"

Tytuł: "Insomnia"
Gatunek: fluff
Pairing: Jimin/Suga (jakby)
Fandom: BTS/Bangtan Boys

(za wszelkie błędy przepraszam)


* * *

  -Hyung....

   Yoongi usłyszał czyjś cichy głos niedaleko swojego łóżka i ledwo powstrzymał cisnące się na jego usta westchnienie. Kim jest chłopak stojący przed jego królestwem, że ośmiela się zabierać mu jego bezcenny sen zaraz po tym, jak o pierwszej trzydzieści w nocy wrócili do mieszkania, wycieńczeni po całym dniu prób i nagrań?

  -Yoongi hyung...

   Tym razem westchnął przeciągle, uchylając jedno oko na tyle, by ocenić, czy na zewnątrz jest już jasno, czy nie. Na jego nieszczęście, nie było.

  -Yah, Park Jimin. Mam nadzieję, że masz jakiś ważny powód do budzenia mnie w środku nocy, bo jeśli tak nie jest, to cię skrzywdzę. - warknął Yoongi, nawet nie patrząc na drżącego z zimna chłopaka. Jimin przestąpywał z nogi na nogę, żałując, że przyszedł ze swoim małym problemem tutaj, a nie do Taehyunga. On na pewno by mu nie groził. TaeTae nikomu nie grozi.

   Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że z pokoju V i Jina wydobywały się dziwne dźwięki... pójście tam również nie byłoby dobrym pomysłem.

  -Jiminnie. - głos starszego wyrwał go z zamyślenia i dopiero wtedy zorientował się, że przez cały ten czas siedział cicho, prawdopodobnie jeszcze bardziej narażając się na gniew niewyspanego Sugi. Wbił wzrok w podłogę przed swoimi bosymi stopami, niepewny co robić. W końcu jednak zebrał się na odwagę i ledwo słyszalnie spytał:

  -Hyung, mogę dzisiaj z tobą spać?

   Po tych słowach Yoongi zakrztusił się powietrzem, a na jego policzki wpełzł delikatny rumieniec, którego najstarszy z maknae line na szczęście nie mógł dostrzec przez panującą w pokoju ciemność.

  -Że co?! - wykrztusił Yoongi, patrząc na Jimina z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Młodszy zaczął kołysać się na piętach w przód i w tył, nerwowo bawiąc się końcem szarej koszulki, w której spał.

  -Ja wiem, że nie jesteś fanem robienia takich rzeczy z innym chłopakiem hyung, ale naprawdę tego potrzebuję żeby zasnąć, a Taehyung jest... zajęty Jinem hyungiem, więc mi nie pomoże. Jungkookkie i Hoseok hyung odesłaliby mnie z kwitkiem, a Namjoon hyung jest jaki jest, więc... tylko ty mi zostałeś. - wydusił, wciąż bojąc się spojrzeć Yoongiemu w oczy.

   Zaczął się zastanawiać, czy to na pewno był dobry pomysł, by przyjść tutaj, do Sugi. W końcu, to on najczęściej mu dokuczał (nawet jeśli były to tylko żarty). A teraz Jimin był pewny, że jego hyung będzie dokuczał mu jeszcze bardziej. Bo w końcu, który normalny dziewiętnastoletni chłopak potrzebuje czyjejś bliskości, by zasnął?

   Yoongi natomiast siedział na łóżku z szeroko otwartymi oczami, zbyt skołowany, bo coś powiedzieć. Jimin miał problemy ze snem? Od kiedy? Dlaczego? I czemu on o niczym nie wiedział? Poza tym...

   ...Taehyung i Jin...?

   To była ostatnia rzecz, jaką kiedykolwiek chciał usłyszeć.

   Z cichym, lekko zirytowanym westchnieniem przysunął się bliżej ściany i podniósł kawałek kołdry do góry. Jimin tylko stał w miejscu, patrząc na starszego zdziwionym wzrokiem. Yoongi wywrócił oczami.

  -No właź. - rzucił Yoongi, unosząc kołdrę troszkę wyżej. - W przeciwieństwie do ciebie chcę się wyspać, więc zrób mi tą przysługę i właź. Tracę ciepło.

   Dosłownie minutę zajęło mózgowi Jimina przetworzenie tego, co powiedział Suga. Ale gdy już do niego to dotarło, na twarz chłopca wpłynął wielki, radosny uśmiech i po chwili leżał na łóżku, twarzą do Yoongi'ego.

  -Dziękuję, hyung. - powiedział, posyłając starszemu ciepły uśmiech. Suga odwzajemnił gest, po czym objął Jimina ramieniem, przyciągając go bliżej siebie. Chłopak spojrzał na niego zdezorientowany. - Hyung?

  -Idź spać, Park Jimin. - odpowiedział tylko, zamykając oczy. Wtulił twarz w szyję chłopca, wdychając zapach cytrynowego żelu pod prysznic młodszego.

  -Ale... ale hyung? Nie jest ci niewygodnie...?

   Yoongi uśmiechnął się i potrząsnął delikatnie głową na "nie".

  -Jest dobrze, Jiminnie. Jesteś ciepły. - wyszeptał, przytulając się mocniej do młodszego. - Chyba, że tobie jest niewygodnie.

   Jimin niemal natychmiast zaprzeczył, a jego ręka powędrowała na plecy Yoongi'ego.

  -Jest dobrze, hyung. Dziękuję.

   Naprawdę było dobrze. Ciepły oddech Sugi na jego szyi i delikatne bicie serca starszego działały kojąco na Jimina, sprawiając że cały jego problem z zaśnięciem przestawał istnieć. Uśmiechnął się delikatnie, odpływając do krainy snów.

  -Dobranoc, Yoongi hyung.

  -Dobranoc, Jiminnie.

wtorek, 2 lipca 2013

KaiSoo mini oneshot - "Sacrifice"

Dawno mnie tu nie było, wiem. I przepraszam za to. Nie będę szukała wymówek i powiem wprost. Nie było mnie, bo nie chciało mi się pisać....
Aczkolwiek wróciłam. Z ff napisanym dwie godziny temu. Może być kilka błędów, za co przepraszam. Nie wiem co mnie natchnęło do napisania tego, ale i tak jest lepsze od pewnego innego ff, którego tutaj nie ma... więc, nie przedłużając, zapraszam do czytania~


Tytuł: "Sacrifice"
Gatunek: angst, fluff (?)
Fandom: EXO

* * *

   Błysk światła, dźwięk klaksonu, pisk opon.
   A potem tylko ból.
   Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie; nadjeżdżający samochód, Jongin wybiegający na ulicę, moje ciało samoistnie ruszające się w jego stronę.
   Jongin był pierwszą osobą, którą zobaczyłem po przebudzeniu się w szpitalu. Jego piękne, ciemne oczy pełne były łez, które spływały strumieniami po policzkach, zostawiając na nich czerwone ślady. Chwyciłem jedną z dłoni Jongina i ścisnąłem ją lekko, uśmiechając się. Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, jednak nie opuścił ich żaden dźwięk. Wolną ręką dotknąłem swojego gardła. Oplecione w bandaż, bolało lekko przy każdym dotyku. Jongin najwyraźniej zauważył co robię, ponieważ złapał obydwie moje dłonie, przyciągnął je do swojej twarzy i rozpłakał się jeszcze mocniej. Chciałem dowiedzieć się dlaczego płacze i co się stało z moim gardłem, jednak jak wcześniej, wszelkie próby powiedzenia czegokolwiek kończyły się fiaskiem. W końcu Jongin spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, a łzy ciągle płynęły po jego policzkach.
  -Hyung, tak mi przykro. To wszystko to moja wina. Przepraszam...
   Na początku patrzyłem zdezorientowany na płaczącego chłopaka, próbując zinterpretować jego słowa. Gdy wreszcie dotarło do mnie o czym mówił, poczułem na twarzy gorzkie łzy. Straciłem głos i już nigdy go nie odzyskam.
   Ale, pomyślałem sobie, głos to mała cena za życie najukochańszej osoby. Gdybym wtedy nie wypchnął Jongina z drogi, na pewno by zginął.
   Wytarłem łzy rękawem i spojrzałem na trzęsącego się Jongina. Czasem poświęcenia są jedynym wyjściem prowadzącym do szczęścia i w tym przypadku właśnie tak było. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co by było, gdybym nie zdążył na czas, gdyby jednak to w Jongina wjechałoby to auto. Nie wiedziałbym jak żyć. Ale teraz możemy być szczęśliwi.
   Pogładziłem dłonią policzek chłopaka, tym samym obracając jego twarz w moją stronę. Uśmiechnąłem się do niego ciepło i przyciągnąłem bliżej do siebie. Wbijał we mnie zagubiony wzrok; łzy zdawały się zniknąć z jego oczu. Drugą rękę wsunąłem w miękkie włosy chłopaka i bez ostrzeżenia złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku. Pocałunku, który miał tylko jedno znaczenie:
Kocham cię.

czwartek, 14 lutego 2013

ChanTao - "Tęskniłem"

Okej, okej. Spóźniłam się tylko kilka minut, ale to tam. Oto fik napisany specjalnie dla Lizzy z okazji walentynek. XD Pairing... nietypowy, wiem. Ale to jej wina. Ona chciała. Ja nie jestem niczemu winna XD
Za błędy przepraszam, jak zwykle. Plus, tym razem też przepraszam za ciulowo napisaną "romantyczną" scenę i końcówkę XD I tak... musiałam dorzucić tam bonusowy pairing, bo bym chyba nie była sobą... XD


Tytuł: "Tęskniłem"
Gatunek: fluff
Fandom: EXO


* * *


-...nyeol...
Usłyszał w oddali czyiś cichy głos. Znał go skądś. Nie mógł tylko skojarzyć do kogo należy.
-...Chanyeol...
Głos wypowiedział jego imię, głośniej niż przedtem. Poczuł jak czyjeś dłonie dotykają jego ciało, trzęsąc nim nieznacznie.
-Park Chanyeol, do cholery!! - krzyknął Baekhyun, zrzucając kołdrę z rudzielca. Chłopak zamruczał niezadowolony, z trudem otwierając oczy. Widząc nad sobą wściekłego Baekhyuna, jęknął głośno i odwrócił się na drugi bok, owijając się prześcieradłem.
Oko Byuna drgnęło nerwowo. Z trudem powstrzymał się od nawrzeszczenia na przyjaciela (był głównym wokalem, musiał dbać o swój głos, nie?) i ze stłumionym warknięciem policzył w myślach do dziesięciu. Metoda ta nie sprawdziła się, gdyż chwilę potem Chanyeol leżał na podłodze, jęcząc z bólu. Chłopak podniósł się powoli i spojrzał na starszego z wyrzutem.
-Za co to było?! - spytał płomiennowłosy, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Pociągnął nosem, nie spuszczając wzroku z Baekhyuna. Szatyn posłał mu spojrzenie pod tytułem „chyba sobie żartujesz”, po czym wskazał palcem na wiszący na ścianie kalendarz z Girls Generation.
-Który dzisiaj jest? - zapytał zdenerwowany. Chanyeol przeniósł wzrok z Baekhyuna na kalendarz. Przywitał go szeroki, ciepły uśmiech siedzącej na karuzeli Hyoyeon. Niżej znajdowała się otoczona czerwonym kółkiem data. Zmrużył lekko oczy, by lepiej widzieć.
-Czternasty luty. - odpowiedział po chwili, przeciągając się. Ziewnął głośno, po czym wgramolił się z powrotem na łóżko, przykrywając się podniesioną z podłogi kołdrą. Nie rozumiał o co starszy robi tyle hałasu. Jest sobota, manager dał im długo oczekiwane wolne. Zegarek na szafeczce obok łózka wskazywał 12:04. Westchnął głośno, zamykając oczy. Mógł spać jeszcze przez co najmniej trzy godziny. Nie widział powodu, dla którego Baekhyun miałby budzić go tak wcześnie.
-Chanyeol, idioto.
-Nie przezywaj mnie. - mruknął Park zmęczonym głosem. Jeszcze chwila, a znów znajdzie się w piękne, tęczowej krainie, gdzie na polance hasają jednorożce, urocze pandy bawią się wśród bambusów, a groźne smoki okupują przestworza.
-Nie przezywam cię. Ja tylko stwierdzam fakty. A teraz zbieraj się z tego łóżka, bo nie mamy czasu! - prychnął rozjuszony Baekhyun, ponownie pozbawiając rudzielca pościeli. Następnym razem niech Suho męczy się z budzeniem tego idioty, bo on nie ma do niego siły. I nerwów.
-Baekkie... mamy dzień wolny, jest sobota... gdzie ty chcesz iść tak wcześnie rano... - wymamrotał prawie śpiący Chanyeol. Byunowi puściły nerwy.
-JEST JUŻ POŁUDNIE, IDIOTO! ZA PÓŁ GODZINY MAMY BYĆ NA LOTNISKU!! ZBIERAJ SIĘ, ALBO POWYRYWAM CI TE DŁUGIE, CHUDE PATYKI Z DUPY!!!
Atak decybelami Baekhyuna najwyraźniej zadziałał, bo już sekundkę później całkowicie obudzony Chanyeol wyskoczył z łóżka, zaplątując się z kołdrę i ponownie zaliczając bliskie spotkanie trzeciego stopnia z ciemną, drewnianą podłogą w ich pokoju.
-Ała.... - jęknął Happy Virus, czując że jego biedne, styrane tyły znów ucierpiały.
-Dobrze ci tak. - rzucił Baekhyun, nawet nie myśląc, by pomóc przyjacielowi, czy okazać mu jakiekolwiek współczucie.
-Jak możesz?! - stęknął młodszy z wyrzutem.
-Normalnie. - odpowiedział szatyn, wychodząc z pokoju. W ostatniej chwili zatrzymał się w progu i odwrócił się w stronę Chanyeola. - A teraz się zbieraj. Za pięć minut widzę cię na dole.
Chanyeol jeszcze przez chwilę wpatrywał się w futrynę, za którą zniknął jego starszy o kilka miesięcy hyung, po czym przeniósł wzrok na kalendarz. Na ustach Parka pojawił się szeroki uśmiech.

* * *

-No i gdzie oni są... ich samolot miał być tu dwadzieścia minut temu... - westchnął Chanyeol, siedząc na lotniskowym parapecie. Przez ogromne na prawie całą ścianę okno, czekające na zewnątrz fanki mogły podziwiać plecy chłopców z EXO-K.
-Nie martw się. Kris napisał mi smsa, że ich lot się opóźnił. Za niedługo tu będą. - powiedział spokojnie Suho.
-I mówisz mi to dopiero teraz? - spytał Chanyeol, patrząc na lidera. Ten tylko wzruszył ramionami.
-Zapomniałem wcześniej.
-Wiesz co? Powinieneś przestać przebywać w jednym pomieszczeniu z Yixingiem. Bo nie dość, że jesteś stary, to jeszcze udziela ci się jego skleroza. - rzucił Wirus Szczęścia, a stojący obok Sehun parsknął śmiechem.
-Bardzo śmieszne, Park Chanyeol. - mruknął lider, dąsając się.
Rudzielec wzruszył ramionami, naśladując Joonmyuna. Modlił się, żeby starszy miał rację i samolot z jego ukochanym na pokładzie doleciał bezpiecznie do Incheon. Nie zniósłby, gdyby coś stało się Tao, zanim zdążyłby go zobaczyć po dwóch miesiącach rozłąki. Chanyeol zerknął na czerwoną torbę leżącą obok niego na parapecie. Uśmiechnął się delikatnie. Tao będzie zadowolony z prezentu. Na pewno.
Podszedł do niego Baekhyun z wyciągniętą dłonią. Na jej wierzchu leżały pieniądze. Chanyeol spojrzał na Baekhyuna pytającym wzrokiem.
-Idź mi kup kawę. Pić mi się chce.
-A co, bozia nóżek nie dała? - spytał sarkastycznie płomiennowłosy, krzyżując ręce na torsie. Starszy przewrócił oczami.
-Nie, nie dała. Więc idź mi po kawę. I od razu możesz kupić lody dla Sehuna. - odgryzł się, wciskając Chanyeolowi pieniądze do ręki. Ten patrzył na niego niedowierzająco.
-Ale ty tak na serio?
-Tak, na serio. - westchnął Baekhyun. - A teraz idź!
-Ah, Yeollie hyung! - zawołał nagle Kai. - Też poproszę lody~
-...nienawidzę was... - mruknął Chanyeol, podnosząc się ze swojego miejsca. Schował pieniądze do kieszeni płaszcza i wpatrując się w podłogę, skierował swe kroki w stronę lotniskowej kawiarenki.
-Weź truskawkowe, hyung! - dwóch najmłodszych krzyknęło za nim równocześnie.
-I espresso!
-A weźcie się odczepcie!! - odkrzyknął Chanyeol, odwracając się w stronę przyjaciół z zespołu. Suho i Baekhyun pomachali mu, uśmiechając się. Parkowi przeszło przez myśl, że z chęcią starłby im te uśmieszki z twarzy. Westchnął ciężko i poszedł do tej nieszczęsnej kawiarni.

* * *

-Głupi Bacon, traktuje mnie jak swojego służącego.... już ja mu pokażę.... - mamrotał pod nosem Chanyeol, wracając z kawiarenki z dwoma lodami i kubkiem kawy w rękach. - ….aish... już on mnie popamięta... głupek jeden...
Dzisiaj zdecydowanie nie był jego dzień. Ci jego tak zwani „przyjaciele” znęcali się nad nim od rana. Najpierw Baekhyun łaskawie przyszedł go obudzić i zrzucił go z łóżka, a potem on i maknae line zmusili go do pójścia po jedzenie, bo im się tyłków nie chce ruszyć. Przynajmniej tyle dobrze, że dali mu swoje pieniądze. Chanyeol miał dość. Baekhyuna, Kai'a, Sehuna i nawet Suho. Jedynie kochany Kyungsoo był po jego stronie. Szkoda tylko, że się za nim nie wstawił...
Truskawkowe lody dwójki maknae zaczęły się topić, brudząc palce Chanyeola. Chłopak przeklął pod nosem, próbując zlizać słodką masę z dłoni. Poskutkowało to tym, że lody na palcach zostały, a rudzielec dodatkowo ubrudził sobie nimi twarz. W tej sytuacji nawet nie miał ochoty się wycierać. Z jego dzisiejszym szczęściem, na pewno oblałby się kawą.
Gdy dotarł do miejsca, w którym siedzieli jego koledzy z zespołu, odetchnął z ulgą. M jeszcze nie przylecieli. Ale chociaż... to była zła wiadomość. Chłopaka ogarnęła panika. A jeśli faktycznie coś im się stało? Pokręcił głową. Nie. Na pewno za niedługo się pojawią, a on będzie mógł wyściskać Tao, szepcząc mu do ucha jak bardzo go kocha. Tak, nie może być inaczej.
-No nareszcie jesteś. Co ci tak długo zeszło? - odezwał się Baekhyun, gdy tylko Chanyeol się do nich zbliżył. Płomiennowłosy posłał mu mordercze spojrzenie. Nagle przyszło mu do głowy, że mógł wcześniej napluć do tej kawy. Szkoda, że o tym nie pomyślał, jak wyszedł z kawiarenki.
-Była kolejka. - warknął, wciskając starszemu kubek do rąk. Lody bez słowa wręczył najmłodszym.
-Ah... w ogóle... co ci się stało w twarz? - spytał Byun, uśmiechając się szeroko. Po chwili nie wytrzymał i zaczął się śmiać, a wraz z nim reszta EXO-K. Chanyeol mruknął ciche „nie twoja sprawa” i szybko wytarł twarz rękawem. Zaczynał mieć dość tych głupich ludzi...
Odwrócił się tyłem do chłopaków, mamrocząc pod nosem różne wyzwiska i przekleństwa skierowane w ich stronę, gdy nagle poczuł jak czyjeś ręce wsuwają się pod jego płaszcz i obejmują go w pasie. Wokół rozniósł się delikatny zapach truskawek.
-Hej, Kocie. - zamruczał ktoś wprost do jego ucha. Po plecach Chanyeola przeszedł przyjemny dreszcz. Ten słodki, seksowny głos należał tylko do jednej osoby:
-Tao... - westchnął płomiennowłosy, obejmując chłopaka ciasno. Jedną z dłoni zanurzył w czarnych włosach Chińczyka, a drugą przyciągnął go bliżej do siebie. Zitao położył głowę na ramieniu starszego.
Tęsknił za dotykiem Tao. Za jego zapachem. Samą obecnością. Dwa miesiące rozłąki to dużo. Rozmawiali codziennie przez telefon i skype, ale to nie pomagało; jedynie wzmagało tęsknotę.
-Wróciłem, Chanyeollie hyung. - powiedział Zitao w perfekcyjnym koreańskim, odsuwając się delikatnie od chłopaka. Chanyeol uśmiechnął się szeroko, wpatrując się w słodką twarz ukochanego. Teraz żałował, że są w miejscu publicznym, otoczeni przez tłum rozwrzeszczanych fanek. Gdyby nie to, już dawno wpiłby się w pięknie ukształtowane, pełne usta Tao.
-Witaj z powrotem, Taozi.
Tym razem to czarnowłosy się uśmiechnął.
-Jesteś brudny. - zachichotał, a Chanyeol automatycznie poczerwieniał z zażenowania. Odruchowo podniósł rękę, by się wytrzeć, gdy nagle powstrzymała go przed tym dłoń Tao na nadgarstku. Młodszy pokręcił głową, po czym stanął na palcach i, patrząc cały czas prosto w oczy Parka, cmoknął go lekko w czubek nosa, szokując tym samym wszystkich wokół. Tao oblizał usta, uśmiechając się.
-Mmm.... truskawkowe? - spytał, przechylając delikatnie głowę w bok. Chanyeol zamrugał kilka razy oczami, zdziwiony, po czym wybuchł śmiechem. Zmierzwił idealnie ułożoną fryzurę młodszego i przytulił go znowu, nie przestając się śmiać.
-Aish... dzieciaki, nie możecie poczekać z tym aż dojedziemy do domu? - westchnął Suho, kręcąc głową z politowaniem.
-Wiemy, że dawno się nie widzieliście i w ogóle, ale jakbyście nie zauważyli, jesteśmy na lotnisku. Wśród fanów i innych ludzi. Więc proszę was, ogarnijcie się. - powiedział Kris, choć jego wypowiedź, mimo iż zawierała w sobie słowo „proszę”, wcale nie brzmiała prosząco. To była jedna z tych sytuacji, w której Chanyeol bezprecedensowo ulegał. Odsunął się od Tao z niezadowolonym wyrazem twarzy i obrzucił liderów obrażonych wzrokiem.
-Wredni jesteście.... nie dacie mi się nawet nacieszyć moją Pandą... - rzucił Happy Virus, łapiąc Zitao za rękę i odciągnął go od tego grona nieprzyjaznych ludzi, kierując się w stronę parapetu, na którym leżała torba torba.
-Ej! Chanyeol! Tao się jeszcze z nami nie przywitał!! - krzyknął Baekhyun, jednak w odpowiedzi otrzymał tylko wściekłe „A co mnie to obchodzi?!” Parka. - Aish... co go ugryzło....?
Reszta tylko wzruszyła ramionami.

Chanyeol sięgnął po torbę i odwrócił się do Tao z lekkim, niepewnym uśmiechem na ustach. Może nie było tego po nim widać, ale denerwował się jak cholera. Był pewien, że chłopakowi spodoba się prezent, ale... ta świadomość wcale nie powodowała, że stres malał. Wyciągnął torbę w stronę młodszego, odruchowo wbijając wzrok w ładną roślinkę po jego lewej. Dziwnym trafem wydała mu się nagle bardzo interesująca.
-Co to? - spytał Tao słodkim, niewinnym głosikiem. Chanyeol poczuł, jak niewielki rumieniec wpływa na jego policzki.
-Prezent dla ciebie. Z okazji Walentynek. - powiedział i poruszył rękami, chcąc ponaglić chłopaka do zabrania torby. Tao przyjął podarunek z uśmiechem i zajrzał do środka. Jego oczom ukazała się biała, pluszowa głowa. Ciekawy, co takiego wymyślił jego ukochany, sięgnął ręką po podarunek. Gdy go wyciągnął, jego oczom ukazała się urocza pluszowa panda, trzymająca w łapkach tak samo pluszowe serduszko z pięknie wykaligrafowanym napisem.
-”It's owner is mine! Don't touch him!”? Serio? - zaśmiał się, patrząc na Chanyeola. Ten przeniósł wzrok z roślinki na podłogę. - Hmm... powinienem kupić ci coś podobnego na urodziny? Albo może na Gwiazdkę? Jak myślisz?
Płomiennowłosy wreszcie spojrzał na Tao, ale w chwili, w której podniósł głowę, zaatakował go Zitao, rzucając mu się na szyję.
-Dziękuję. - szepnął Chanyeolowi do ucha, po czym odsunął się od wyższego chłopaka. Happy Virus chciał coś odpowiedzieć, jednak nie pozwoliły mu na to miękkie wargi Zitao na jego własnych.
Pocałunek nie był długi, romantyczny, mokry, czy jakiś. To było zwykłe muśnięcie, aczkolwiek dla obu stron znaczyło dużo więcej. W to zetknięcie ust przelane zostały wszystkie uczucia, jakie towarzyszyły im od dwóch miesięcy. Od rozpaczy i smutku, poprzez tęsknotę, aż do nieopisanego szczęścia.
-Ehh... wy naprawdę nie potraficie się powstrzymać, co nie? - stwierdził znudzony tym wszystkim Joonmyun, rujnując kochankom pełną romantyzmu scenę.
-Daj im być. - powiedział uśmiechnięty szeroko Lay, opierając się o Koreańczyka. - Nie zachowuj się jak stary dziadek przechodzący kryzys wieku średniego.
-No właśnie! - krzyknął Chanyeol, a Tao kiwał głową. Sehun zachichotał, tak samo jak Kai i Luhan. Suho warknął pod nosem coś niezrozumiałego.
-Poza tym... jeśli denerwujesz się dlatego, że nie masz nikogo z kim mógłbyś spędzić te walentynki.... - zaczął Yixing, po czym złączył nieśmiało ich dłonie. - …to zawsze masz mnie, czyż nie?
Lider EXO-K spojrzał na Chińczyka zaskoczonym wzrokiem. Jednak po chwili odwrócił wzrok i skinął lekko głową. Uśmiech na twarzy Lay'a powiększył się, a wszyscy zaczęli nagle gwizdać i gratulować nowej parze.
Chanyeol złapał Tao za rękę i splótł razem ich palce. Oboje spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się. Teraz może i nie mogli pozwolić sobie na więcej niż zwykłe muśnięcie ust, ale... od czego jest dom, czyż nie? To będą niezapomniane walentynki.

niedziela, 10 lutego 2013

ExoK - "To nie Kai"

Wstawiam ff, którego napisałam dzień po tym, jak zepsuł mi się komputer oraz dzień po tym, jak zdarzyło się nieszczęście na lotnisku Incheon. Dodaje dzisiaj, bo akurat napadł mnie idealny humor.
Za wszystkie błędy przepraszam.

Tytuł: To nie Kai
Gatunek: angst chyba... coś w tym stylu....
Fandom: EXO


* * *


Ból był nie do zniesienia. Paraliżował całe ciało chłopaka, nie pozwalając mu wstać. Z trudem powstrzymywał cisnące się do oczu łzy. Bolało go, owszem. Ale nie mógł pozwolić fanom i reszcie zespołu zobaczyć jego łez.
    Pierwszy przy nim pojawił się Sehun, wypytując czy wszystko w porządku, jak się czuje i co go boli. Z pomocą Chanyeola podnieśli go ostrożnie. Jongin próbował odpowiedzieć na jakiekolwiek zadane mu pytanie, jednak usta chłopaka opuszczały tylko jęki bólu i cierpienia. Gdy udało mu się na chwilę otworzyć oczy, na twarzach przyjaciół dostrzegł strach i zmartwienie. Joonmyun wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać, Baekhyun miał mord w oczach, a Chanyeol na kogoś krzyczał. Jongin nie był pewien. Pulsujący w jego ciele ból odebrał mu wszystkie zmysły.
    Zaczął zastanawiać się, czy dziewczyna, która popchnęła go na ten filar była zdrowa na umyśle. Przecież, która normalna, kochająca fanka krzywdzi swojego idola? Chyba żadna. Saesang fani, w opinii Jongina, powinni się leczyć. Nie wszyscy, ale większość.
   -Jongin-ah, musimy iść. - usłyszał zatroskany głos Kyungsoo. Wciąż nie będąc w stanie nic odpowiedzieć, skinął jedynie głową i poczuł jak ktoś go podnosi. Po chwili stał na ugiętych, trzęsących się nogach, przytrzymywany przez Sehuna z jednej strony i Baekhyuna z drugiej. Syknął głośno. Z każdym stawianym krokiem ból nasilał się, nie pozwalając Jonginowi dokładnie ustalić gdzie znajduje się jego źródło.
   -Wytrzymaj, Jongin. Zaraz dojdziemy do samolotu, tam się tobą zajmą. - powiedział manager, starając się dodać tancerzowi otuchy. Nie bardzo to pomogło, ale Jongin nie narzekał. Zacisnął jedynie dłoń na bluzie Sehuna, tłumiąc kolejny jęk. Dzisiejsze obrażenia musiały być poważne, skoro boli go bardziej niż wtedy, gdy musiał nieustannie tańczyć z kontuzją kręgosłupa.
    Nagle usłyszał krzyk jednej z fanek, życzącej mu szybkiego powrotu do zdrowia i pisk drugiej, żeby jakoś się trzymał. Na te wyznania zaśmiał się gorzko w duchu.
    Nie trzeba było mnie krzywdzić, na pierwszym miejscu.
    Gdy tylko wyszli poza terminal, mroźne, styczniowe powietrze uderzyło twarz tancerza. Odetchnął z ulgą. Do samolotu nie było daleko. Tam na pewno się ktoś nim zajmie, tak jak mówił manager, i może w końcu będzie mógł jakoś normalnie funkcjonować.
   -Otwórz oczy, musisz wejść po schodach. - poinformował go Sehun, poprawiając swój uchwyt i przenosząc cały ciężar Jongina na siebie. Chłopak zrobił tak, jak powiedział maknae. Ucieszył go fakt, że schody do samolotu były na tyle szerokie, by pomieścić na nich dwie osoby. Nie był pewien, czy sam dałby radę tam wejść.
    Powoli i ostrożnie dotarli na samą górę. Weszli do środka samolotu. Jongin usiadł na swoim miejscu i natychmiast znalazł się przy nim lekarz ze strzykawką. Uprzedzając go, że może troszkę zaboleć, podał mu dożylnie najsilniejszy lek przeciwbólowy jaki posiadał, wcześniej dezynfekując miejsce zastrzyku. Jongin podziękował lekarzowi i zamknął oczy, czekając aż lek zacznie działać.
Sehun powiedział mu, że fanki w terminalu zrobiły na szybko bannery z napisem „Trzymaj się, Kai!”. Tancerz uśmiechnął się gorzko.
    To nie Kai teraz cierpi. To Kim Jongin. Podczas gdy na dzisiejszym występie Kai będzie z uśmiechem tańczył na scenie wręcz tryskając energią, głęboko w środku Kim Jongin będzie krzyczał i płakał z bólu., pomyślał chłopak, czując jak ból wreszcie ustępuje. Niemalże natychmiast zasnął, ukołysany przez dźwięk startującego samolotu i ciepłe głosy przyjaciół, zapewniające go, że wszystko będzie dobrze. 

sobota, 22 grudnia 2012

[oneshot] "Czarne pióra"


Krótkie, nie do ogarnięcia i nie poprawione. Napisałam to przed chwilą, bolą mnie oczy i naprawdę nie chce mi się sprawdzać błędów i tego poprawiać. Wybaczcie. Może kiedyś to zrobię. Ale nie dzisiaj.
[EDIT] Traktujcie to jako szkic. Jutro powinnam wstawić normalną, poprawioną wersję. I może będzie dłuższe. Kto wie? xD

Tytuł: "Czarne pióra"
Bohaterowie: Luhan i Kai
gatunek: angst...?
fandom: EXO



* * *

Leżał na ziemi. Wszystko go bolało, całe ciało krwawiło, a rękę wykręconą miał w inną stronę. Samochód, który w niego uderzył leżał w rowie, stłuczony po wcześniejszym spotkaniu z Luhanem, a potem z drzewem. Mężczyzna, który kierował pojazdem uciekł, zostawiając auto i rannego chłopaka, nie wzywając żadnej pomocy. Luhan nie widział jego twarzy. Nie był w stanie. Obraz miał rozmazany, a z każdą chwilą robiło mu się ciemno przed oczami. Z trudem oddychał. Podejrzewał, że przy uderzeniu połamało mu się kilka żeber, i teraz przebijają płuca chłopaka, nie pozwalając blondynowi oddychać. Ból, jaki odczuwał był nie do wytrzymania. Modlił się, aby stracił przytomność, albo jak najszybciej się wykrwawił, by nie musieć już cierpieć.
Zastanawiał się, czym zasłużył sobie na tak wczesną i bolesną śmierć. Przez całe życie był radosnym chłopakiem, chętnie udzielającym pomocy tym, którzy jej potrzebowali, często stawiając dobro innych ponad swoje. Na jego twarzy zawsze widniał uśmiech i zobaczenie blondyna bez niego było równoznaczne z tym, że stało się coś naprawdę strasznego. A mimo tego, Bóg i tak się nim znudził i postanowił odebrać mu życie, chcąc odzyskać duszę, którą ponad 20 lat temu powierzył Luhanowi. Co za ironia losu. Gdyby chłopak nie był jedną nogą w grobie, zaśmiał by się gorzko.
Nagle zauważył czyjąś postać, stojącą obok niego. Nie widział dokładnie, wszystko było rozmazane, jednak wciąż poznawał kształty. A zarys przedmiotu w prawej dłoni postaci wskazywała na to, że Luhan albo ma zwidy, albo ma przed sobą najprawdziwszą śmierć. Nareszcie..., przeszło mu przez myśl. Cieszył się. Zaprzeczał sam sobie, wiedział. Ale gdy spotkanie śmierci oznaczało, że nie będzie musiał już cierpieć, ogarniało go szczęście.
Postać uklęknęła przy blondynie, odkładając czarną kosę na ziemię. Wpatrywała się w Luhana przez kilka sekund, po czym przemówiła spokojnym, męskim głosem:
-Nazywam się Kai, jestem tu po twoją duszę.
W odpowiedzi Luhan mógł tylko mrugać, jednak i na to zaczynało brakować mu sił. Powoli zamykał oczy. Weź ją sobie., powiedział Luhan, w myślach, wiedząc, że Żniwiarz i tak go nie usłyszał.
Jednak Kai usłyszał. Głośno i wyraźnie, chociaż głos blondyna był słaby i ochrypnięty. Był Aniołem Śmierci. Był zdolny do czytania w myślach swoich ofiar, jak i do widzenia ich imienia oraz czasu, jaki pozostał im do śmierci. Luhan... miał go naprawdę niewiele. Zaledwie kilka minut zanim kompletnie się wykrwawi i umrze. Kai przejechał palcami po kałuży krwi, która utworzyła się wokół bezwładnego ciała Chińczyka. Miała taki piękny, szkarłatny kolor...
-Jesteś pewny, że chcesz umrzeć? - zapytał anioł, wstając, łapiąc wcześniej kosę do ręki. Brudne od krwi palce wytarł w materiał swojego ubrania, pozostawiając na nim czerwone ślady.
A mam inny wybór?
Kai uśmiechnął się złośliwie.
-Nie. - powiedział i uniósł kosę nad głowę. Jej ostrze zalśniło niebezpiecznie. - Pożegnałeś się już ze światem?
Luhan nie odpowiedział. Brakło mu sił. Spoglądał jedynie na Kai'a spod półprzymkniętych powiek. Anioł wyglądał dostojnie. Luhan żałował jedynie, że nie może zobaczyć jego twarzy.
-Przyjmę to jako odpowiedź twierdzącą. Żegnaj, Luhanie. Twoja dusza jest teraz moja.
Zanim blondyn zdążył jakkolwiek zareagować, poczuł w klatce piersiowej rozrywający go pół ból. Ostatnim, co zobaczył było ostrze czarnej kosy wbite w miejsce, gdzie jest jego serce oraz para pięknych, czarnych jak noc skrzydeł Anioła Śmierci.

sobota, 15 grudnia 2012

[oneshot] "Zimno, ciepło"


Okej, jak obiecałam Lizz, napisałam krótkiego oneshota. Naprawdę krótkiego. 
I żeby nie było. Tu nie ma romansu, żadnego yaoi, żadnej miłości itp. Występuje tylko dwójka ludzi i ze sobą rozmawiają, więc no. TYLKO rozmawiają. xD
Więc zapraszam do czytania i za wszelkie błędy przepraszam.


Tytuł: "Zimno, ciepło"
Bohaterowie: Sehun i Suho
gatunek: fluff...? i zero jakiegokolwiek romansu.
fandom: EXO

* * *

   Była późna noc. W dormie EXO-K panowała błoga cisza, przerywana jedynie spokojnymi oddechami chłopaków i od czasu do czasu chrapaniem Baekhyuna. Jedynym, który nie spał był Joonmyun, który leżąc pod kołdrą, trząsł się z zimna. Opatulając się szczelniej pościelą, odwrócił się przodem do śpiącego po drugiej stronie pokoju maknae.
  -Sehun-ah... - wyszeptał, nie łudząc się, że otrzyma odpowiedź od młodszego. Jednak o mało nie dostał zawału, gdy usłyszał głośny, aczkolwiek trochę zaspany głos Sehuna.
  -Tak, hyung?
  -Śpisz? - spytał, jednak od razu tego pożałował. To było oczywiste, że nie śpi, skoro z nim rozmawia.
  -A jak myślisz? - odpowiedział z nutką ironii. Suho usłyszał szelest pościeli na drugim łóżku i po chwili mógł spojrzeć Sehunowi prosto w oczy. Nagle chłopak przemówił: - A tak na serio, to o co chodzi?
   W pokoju zapadła cisza. Joonmyun myślał szybko, co odpowiedzieć maknae. Gdy wcześniej się odezwał, nie spodziewał się, że Sehun go usłyszy. No i co miał mu teraz powiedzieć? Bo na pewno nie prawdę.
   Zadrżał z zimna po raz kolejny i odruchowo skulił się. Było mu tak zimno...
  -No więc? - ponaglił go Sehun. Lekko denerwował go fakt, że lider najpierw go budzi, a potem nie chce nic powiedzieć, przez co oboje tracili cenny sen. A przecież mieli jutro (a może nawet już dzisiaj) wcześniej wstać.
   Starszy westchnął głośno i przeciągle, poddając się. Z maknae i tak by nie wygrał, więc postanowił powiedzieć prawdę, nie ważne jak żenująca by była.
  -No bo... - zaczął niepewnie, układając w myślach wszystko, co chciał powiedzieć w jedną, w miarę ładną całość. - Czy... czy mógłbyś zamknąć okno, proszę?
  -Ale hyung.... jest dwadzieścia stopni ciepła.... to okno to jedyne źródło jakiejkolwiek cyrkulacji ciepłego i zimnego powietrza. Po co ty chcesz je zamknąć? - jęknął Sehun, odwracając się na plecy. Nie mógł patrzeć na opatulonego w kokon z kołdry lidera. Na sam tego widok było mu jeszcze bardziej gorąco niż teraz.
  -Bo mi zimno. Sehun-ah, proszę.
  -Ugh... Ale jak może ci być zimno w taki upał? - spytał maknae niedowierzająco. Suho wychylił głowę spod kołdry i po krótkim zastanowieniu odezwał się cicho.
  -Wiesz... boję się zimna. Jak byłem małym dzieckiem wpadłem do stawu. Był środek zimy, woda była lodowata. Podobno ledwo mnie odratowali. Tak mi powiedziała mama, ja sam nic z tego nie pamiętam. Ale może to i dobrze... Więc możesz to nazwać traumą z dzieciństwa. - zaśmiał się gorzko. - Nie mów o tym nikomu, dobrze? Nie chcę, żeby ktokolwiek inny o tym wiedział.
   Sehun skinął głową na znak, że zrozumiał, jednak orientując się, że starszy nie widział tego przez panującą w pokoju ciemność, odpowiedział mu głośnym „dobrze.”. Joonmyun podziękował chłopcu, i jeszcze raz spytał, czy mógłby zamknąć okno. Młodszy nic nie odpowiedział, ale po chwili Suho usłyszał skrzypienie łóżka, tupanie i dźwięk zamykanego okna.
  -Ale jak zacznie mi być niewyobrażalnie gorąco, to je otworzę z powrotem, bez ostrzeżenia. - powiedział Sehun, a w jego głosie Suho wyczuł uśmiech. Ciepły, szczery, prosto z serca.
  -Dziękuję, Sehunnie. - odpowiedział. - Słodkich snów.
  -Mmm. Słodkich snów, hyung.



czwartek, 22 listopada 2012

EXO ff - "To zrobimy to inaczej"

Nie mam co pisać, więc wrzucam... uwaga, uwaga..... mojego pierwszego ff z EXO! Nie spodziewaliście się, co? xD Ja wiem, że napisałam już kilka (dokładnie siedem, ale się nie przyznam xD) opowiadań o tymże zespole, ale to akurat było moim pierwszym skończonym. Z tego co mówi mój komputer zostało stworzone w sierpniu, ale ja bym w to nie wierzyła, skoro kilka dni temu samoczynnie przestawiła się w nim data z listopada na grudzień... >.< Tak więc prawdopodobnie, jest to opowiadanie z lipca. Stare trochę, ale nie chciałam się do niego przyznawać. Serio, nie podoba mi się. Jednak, to co robi nuda z człowieka jest przerażające. Ale nie przedłużając.


Pairing: Xiumin/Chen
Dodatkowo występują: EXO-M
Uwagi: za wszelkie błędy przepraszam, nie poprawiałam tego ani razu więc pewnie jakieś będą. I raczej będzie ich dużo. >.<

...nie wierzę, że to robię....



XiuChen - "To zrobimy to inaczej"

   Kris westchnął przeciągle, schodząc po schodach do kuchni. Nienawidził tego dnia. Oh, jak on go nienawidził. A przecież zaczął się dopiero trzydzieści minut temu. Wchodząc do kuchni, zauważył Xiumina kończącego właśnie swoje śniadanie oraz Lay'a pijącego zieloną herbatę.
  -I jak? - zapytał Xiumin, odrywając się od jedzenia i wbijając wzrok w lidera. Lay zrobił to samo.
  -Nawet nie pytaj. To było najgorsze pięć minut w całym moim życiu. - jęknął Kris, opadając na pobliskie krzesło. - Ten facet jest niemożliwy....
  -Przesadzasz. Na pewno nie było aż tak źle! - stwierdził Lay, dopijając herbatę. Lider spojrzał na nim wzrokiem wściekłego chomika bojowego.
  -To sam tam idź. Zobaczymy ile wytrzymasz, panie Zhang. - Lay drgnął. Tak poważnego tonu ze strony starszego się nie spodziewał. To utwierdziło go w przekonaniu, że było gorzej niż źle. Było tragicznie.
  -Ja pójdę. - zgłosił się Xiumin. - Myślę, że ze mną będzie chciał porozmawiał. Bariera językowa nas przecież nie obowiązuje.
  -Idź, trzymamy kciuki. - powiedział Lay, uśmiechając się. - Przyjdź tutaj później. Ugotuję coś dla niego.
   Minseok skinął głową i wyszedł z kuchni, kierując się do pokoju Krisa i Chen'a.
  -No to ja idę spać dalej. Lay, mogę użyć twojego łóżka? Do mojego pokoju nawet nie chcę wracać. Proszę? - spytał lider, podnosząc się z miejsca.
  -Nie ma mowy. Idziesz obudzić Luhana i Tao. Z nimi jakoś sobie poradzisz, czyż nie? - rzucił Yixing, zbierając naczynia i wkładając je do zlewu. Niby miał je umyć Xiumin, ale tym razem może zrobić wyjątek.
  -Ugh... Ale mi się chce spać... - mruknął starszy.
  -Trudno. Idź ich obudź, a ja ci w tym czasie zrobię kawę.
   Z głośnym westchnieniem Kris wyszedł z kuchni, pokonany. Lay uśmiechnął się tryumfalnie, a słodki dołeczek na jego prawym policzku ujrzał światło dzienne.
*
   Xiumin stanął przed drzwiami do pokoju i zapukał delikatnie. Gdy nie otrzymał odpowiedzi, zapukał drugi raz. A potem trzeci. W końcu rozległo się zirytowane „proszę!”. Niepewnie wszedł do środka, z rękami przed twarzą, na wszelki wypadek, gdyby Jongdae coś odbiło. Tak. Zdecydowanie, był to odruch obronny. Chen był straszny jak był chory. I uwielbiał rzucać w ludzi różnymi rzeczami, by w końcu zostawili go samego.
  -Jongdae ah, jak się czujesz? - zapytał ostrożnie, podchodząc bliżej łóżka chorego. Chen spojrzał na niego zaczerwienionymi od kataru oczami.
  -W porządku. - odpowiedział łagodnym, zmęczonym głosem. Xiumin opuścił ręce.
  -Masz gorączkę?
  -Chyba... niewielką. Stan podgorączkowy.
  -Hmm... Sprawdźmy więc.
   Minseok sięgnął po termometr leżący na szafce i usiadł na skraju łóżka, pochylając się delikatnie nad przyjacielem. Włączył termometr i włożył Chen'owi do ust. Po chwili termometr zapiszczał i na ekraniku wyświetliła się temperatura chłopaka. 39.3 stopnie. Xiumin westchnął.
  -Jongdae ah, to nie jest stan podgorączkowy... Kris zdołał dać ci jakieś tabletki?
  -Nie. Próbował, ale nie chciałem. Teraz też nie chcę. - mruknął chłopak, przykrywając się szczelniej kołdrą. Nie miał ochoty brać tabletek. Z nimi, czy bez nich, i tak przeziębienie przejdzie mu dopiero za tydzień.
  -Jongdae, musisz wziąć lekarstwo. Choćby na zbicie gorączki. - chłopak pokręcił przecząco głową. - Chen!
  -Nie chcę żadnych tabletek! Kiedy to do was wszystkich dotrze, do cholery!?
   Oczy Xiumina rozszerzyły się do rozmiaru oczu Kyungsoo. Reakcja chłopaka bardzo go zdziwiła. Jongdae rzadko podnosił na kogoś głos, robił to tylko wtedy, gdy miał jakiś poważny problem. A obecna sytuacja nie wyglądała Xiuminowi na tak poważną.
  -Ah, hyung, przepraszam... nie chciałem na ciebie krzyczeć. - powiedział Chen, widząc zraniony wzrok starszego chłopaka. Xiumin potrząsnął głową.
  -Nie, to nie twoja wina Jongdae ah. To ja nie powinienem tak naciskać. Ale to nie zmienia faktu, że tak wysoką gorączkę trzeba zbić.
  -Ale hyung... to samo przejdzie... - jęknął, a Minseok wywrócił oczami.
  -To skoro nie chcesz wziąć tabletek po dobroci, to zrobimy to inaczej.
  -Xiumin hyung? Co ty chcesz zrobić...? - Chen spytał niepewnie, obserwując, jak straszy wkłada sobie tabletkę do ust.
  -To. - rzucił, pochylając się nad Jongdae i zamykając ich usta w delikatnym pocałunku. Chen, zaskoczony nagłym czynem przyjaciela rozwarł lekko wargi, dając tym samym Xiuminowi szansę na wepchnięcie mu do gardła tabletki na zbicie gorączki. Gdy tylko lekarstwo zmieniło właściciela, odsunął się od Chena, pozwalając chłopakowi je połknąć. Na usta Minseoka wpłynął zwycięski uśmiech.
  -No, to skoro już wziąłeś lekarstwo, to połóż się, przykryj kołderką i prześpij się. Przyjdę do ciebie później z czymś do jedzenia. Dobranoc~! - krzyknął radośnie Xiumin i wyszedł z pokoju, zostawiając czerwonego Chena samego.
*
  -Ahh.... Xiumin ge, jesteś niemożliwy... jakim cudem się zaraziłeś? - jęknął Lay, sprawdzając temperaturę Koreańczykowi.
  -Hahaha~!
  -Gege, to nie jest śmieszne!
  -Wybacz! - zakaszlał cicho. - Ale teraz będę wiedział, żeby nie całować chorych ludzi~!
  -Że co...?
   Lay przekręcił głowę na bok, zdezorientowany. Xiumin tylko się uśmiechnął, a przechodzący korytarzem Chen zachłysnął się wodą, strzelając buraka.


niedziela, 18 listopada 2012

SJ ff - Skarpety

Bo nie mam już co robić, więc wrzucam moje staaaare opowiadanie z Super Junior.
Uwagi autora: nie ma sensu, jest dziwne, krótkie i za żadne urazy na tle psychicznym czy fizycznym spowodowane tym opowiadaniem nie odpowiadam. Za wszelkie błędy przepraszam.
Występują: Hangeng, Henry, Donghae, jakby Yesung i jeszcze bardziej jakby Zhou Mi.

* * *

  -Hangeng gege!!
   Głos Henry'ego rozniósł się po mieszkaniu, wyrywają siedzącego w kuchni Hangenga z zamyślenia. Sekundę później usłyszał tupanie i człowiek-wiewiór pojawił się w kuchni, trzymając w rękach trzy pary skarpetek w bliżej nieokreślonym kolorze.
  -Tak? - Hangeng zapytał spokojnie, biorąc łyk gorącej, czerwonej herbaty.
  -Kto dzisiaj robił pranie?
  -Zhou Mi, a co się stało? - chłopak prawie oblał się herbatą, gdy Henry podstawił mu pod twarz swoje skarpetki.
  -To kiedyś było białe! - zawył chiński Kanadyjczyk, machając garderobą. - A teraz nawet nie wiadomo jaki to kolor!
   Hangeng wziął jedną za skarpetek chłopaka i przyjrzał się jej uważnie. Była różowa w białe króliki.
  -Henry.... nosisz skarpetki w króliki?
  -Nie! Nie wiem jak Zhou Mi ge to zrobił, ale z białych, gładkich skarpetek zrobił różowe w króliki. W cholerne króliki! Zrozumiałbym, gdyby to były wiewiórki, czy coś, no ale króliki?!
  -Bo to nie Zhou Mi. - wtrącił nagle Donghae, wchodząc do kuchni. Chińczycy spojrzeli na niego dziwnie.
  -No to kto robił to cholerne pranie?!
  -Klon Mimi'ego wysłany przez kosmitów, by przejąć nasz świat! - powiedział dumnie Koreańczyk, ignorując głośne westchnienie Hangenga.
  -To... - Henry zaczął niepewnie. - ...to Zhou Mi gege został porwany przez kosmitów?!
   Wiewiór złapał się za głowę, wytrzeszczając oczy. Donghae z poważnym wyrazem twarzy pokiwał głową. Najstarszy z tej trójki westchnął ciężko.
  -Henry, kosmici nie istnieją...
  -Naprawdę? - zapytał delikatnie. Hangeng rzucił coś w stylu „Mhm...” i znów upił łyk, teraz już letniej herbaty.
  -Nie, no co ty! A Yesung!? Widziałeś jego proporcje ciała? Ta wielka głowa, małe rączki i małe ciałko? To nie jest normalne! - rzucił zirytowany Donghae, nadymając policzki.
  -Słyszałem to! - z salonu dobiegł ich zdenerwowany krzyk Yesunga. Lee, obawiając się o własne życie, jak najszybciej wybiegł z kuchni i zamknął się w swoim pokoju. Hangeng pokręcił głową w geście rezygnacji, wziął skarpetki Henry'ego i bez słowa poszedł do łazienki z zamiarem wyprania ich ponownie, tym razem w wybielaczu.

piątek, 2 listopada 2012

One shot EXO - "Trick or Treat"

To tak. Słowem wstępu. Napisałam one shota, którego miałam dodać 31 października, ale trochę mi nie wyszło i wrzucam go dopiero dzisiaj. Znowu EXO, jeden z moich ulubionych pairingów (no comment, please xD) i po raz kolejny jest krótkie. Także, żeby nie przedłużać.
Z takich ogólnych uwag: myśli bohaterów zapisane są kursywą, i Lay wypowiada imię Jongdae "Zhong Dai".
Za wszelkie błędy przepraszam.


ChenLay – „Trick Or Treat”

-Co do...? - zaczął Jongdae, patrząc na Yixinga. Chłopak stał przed nim z szerokim uśmiechem na ustach, brany w różowy, jednoczęściowy kostium jednorożca. Srebrny, błyszczący róg sterczał na środku trochę za dużego kaptura, kiwając się za każdym razem, gdy Lay ruszył głową. Wzrok Jongdae przeniósł się na niewielki wiklinowy koszyczek, który starszy trzymał w rękach. Udekorowany był w Halloween'owym stylu; papierowe duszki, nietoperze i dynie zdobiły całą powierzchnię koszyka.

-Zhong Dai~! Cukierek albo psikus~? - zawołał wesoło Yixing, przysuwając koszyczek bliżej Koreańczyka.

Jongdae zamrugał kilka razy, patrząc na chłopaka przed nim. I pomyśleć, że to Lay był starszy. Chen pokręcił niezauważalnie głową, wzdychając ciężko. Wiedział, że dzisiaj było Halloween, ale nie spodziewał się, że to Yixing będzie paradował po mieszkaniu w przebraniu. Gdyby to był Tao, albo Luhan, to co innego. Ale Lay? „Ten świat na serio zwariował....”

-Zhong Dai? - powtórzył chłopak, przechylając delikatnie głowę w bok. Koreańczyk znów spojrzał na Yixinga, i po chwili na jego usta wstąpił złośliwy uśmieszek.

-Co powiesz na psikusa? - zapytał Jongdae, po czym przybliżył się do starszego tak, że dzieliło ich tylko kilka centymetrów. Lay zarumienił się lekko.

-Jong... dae...? Co ty.... - przerwał, czując na swoim nosie ostre zęby młodszego chłopaka. Otworzył szerzej oczy i zanim zdążył jakkolwiek zareagować, Chen odsunął się od niego i jak najszybciej ulotnił się z pokoju, śmiejąc się histerycznie.

-Kim Jongdae, ty trollu! Kto ci pozwolił mnie gryźć?! - wrzasnął Yixing, odłożył koszyczek na stolik i ruszył za Koreańczykiem, z zamiarem zemsty. Kris oparł się o futrynę drzwi, wzdychając głośno.

-Jak dzieci...

piątek, 24 sierpnia 2012

"Przepraszam, zawiodłem"

Pairing: można powiedzieć, że jest ninja!HunHan i ninja!Baekyeol. I ninja!Taoris. Bo ich nie mogło zabraknąć.
Narratorem jest Lay, jego myśli zapisane są kursywą.
2371 słów. To jest mój najdłuższy one shot, jaki w życiu napisałam.
Może kiedyś go poprawię. Teraz nie mam ochoty. Pisałam go, gdy miałam zły humor. Pod wpływem emocji. jest w nim pełno błędów. No i nie potrafię opisywać walki. Ani śmierci. Niczego, praktycznie. Ale na ten moment mnie to nie obchodzi. Po prostu chciałam się wyżyć. I powstało to.

~&~

 Patrzenie jak ktoś umiera nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Tym bardziej jeśli jest to twój najlepszy przyjaciel, który umiera na twoich rękach i błaga, żeby mu pomógł, a ty nie możesz nic zrobić. Coś takiego zdarzyło mi się tylko jeden raz w życiu. O jeden raz za dużo.

Byłem przerażony. Z każdą chwilą tracił coraz więcej krwi, a ja nie potrafiłem mu pomóc. Zawiodłem jako uzdrowiciel.
-Lay... - wyszeptał cicho, wpatrując się we mnie ze łzami w oczach. - Lay... proszę... pomóż... mi... Ja... nie... chcę... umierać...
-N-nie zginiesz. Uratuję cię, obiecuję... - powiedziałem, choć nie do końca wierzyłem we własne słowa. Mój głos drżał, tak samo dłonie. Do oczu cisnęły mi się łzy.
-Lay... zginę... prawda....?
-Nie mów tak! - krzyknąłem, zabierając się za leczenie mojego przyjaciela. Nie wiedziałem, co robić, ale lepsze to, niż nic.
-Lay...
-Już nic nie mów... po prostu siedź cicho... - jęknąłem. Opadał z sił w zastraszającym tempie. Gdyby tylko.... gdyby tylko był tu Tao...
Po moich policzkach popłynęły łzy.

* * *
Kilkanaście godzin wcześniej...

Siedziałem w swoim pokoju, wysłuchując barwnych historii Chanyeol'a o tym, jak wdał się w kolejną bójkę z Krisem. Jak to zawsze w ich przypadku bywa, zaczepienie Krisa kończyło się dla Chanyeol'a kilkoma poważnymi ranami, które potem ja musiałem leczyć. Bezsensowne marnowanie mocy, jak dla mnie.
-...i wtedy Kris zrzucił mnie na ziemię, jak jakiś worek ziemniaków! Kto tak traktuje przyjaciół?! - wyżalił się, robiąc smutną minkę. Jednak ćwierć sekundy potem znów się uśmiechał, gotów by dalej rozprzestrzeniać swojego wirusa szczęścia.
-To się tyczy też ciebie. Próbowałeś spalić go żywcem. - odpowiedziałem spokojnie, kończąc naprawiać mocno poturbowaną rękę chłopaka. W chwilach takich, jak ta, zaczynam żałować, że jestem uzdrowicielem. Nie żebym nie lubił Chanyeol'a, czy coś. Kocham go jak brata, ale przez ciągłe leczenie go, szybciej tracę siły, a co za tym idzie, również zdrowie. Chodzenie przez cały dzień wyczerpanym i niezdolnym do niczego nie jest tym, o czym marzyłem.
-Oj, no bo... bo... Zejdźmy z tego tematu. - mruknął, wbijając wzrok w okno po jego lewej stronie.
-Jak dzieci... - westchnąłem, puszczając jego dłoń. Wyglądała jak nowa, jeśli nie liczyć długiej, prawie niewidocznej blizny, która prędzej, czy później i tak zniknie.
-Koniec? - kiwnąłem głową. - Dzięki Lay. Wiedziałem, że na ciebie zawsze można liczyć!
-Tak, tak, wiem. Ale mówienie ci, żebyś więcej tego nie robił jest bezcelowe, prawda? - spytałem z niewielką nadzieją, że chłopak zaprzeczy i już więcej nie rzuci się na Krisa.
W odpowiedzi, Chanyeol uśmiechnął się szerzej, jeśli to jeszcze było możliwe, po czym objął mnie najmocniej jak umiał. No i moją nadzieję szlag trafił.
-Jeszcze raz dziękuję, Lay. Jakoś się odwdzięczę! - krzyknął, odsuwając się ode mnie.
Odwdzięczyłbyś się, jakbyś dał mi spokój z leczeniem cię chociaż przez dwa dni, przemknęło mi przez myśl.
-No dobra, nie będę cię już więcej męczył. Idę do mojej „dziewczyny”! Papa! - powiedział radośnie, kreśląc powietrzny cudzysłów przy słowie dziewczyna i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samego. Od razu wiedziałem gdzie idzie. Cóż... przynajmniej Baekhyun go przypilnuje, by nie robił nic głupiego. Odetchnąłem z ulgą i rzuciłem się na łóżko, niemal natychmiast usypiając.

Obudził mnie zapach spalonego drewna. Westchnąłem ciężko, przeklinając w duchu Chanyeol'a i jego brak kontroli nad czymkolwiek. Odwróciłem się na drugi bok, próbując zignorować przykry zapach i zasnąć z powrotem. Niestety, nie było mi to dane, gdyż do drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym trzaskiem, ukazując przerażonego Luhan'a.
-Lay!!
Wbiegł do środka i zrzucił mnie z łóżka. Spadłem na podłogę z głośnym „ugh!”. Pozbierałem się szybko i spojrzałem na niego wściekłym wzrokiem. Na Luhan'a padło światło księżyca i dopiero teraz mogłem przyjrzeć się mu bliżej. Miał potargane włosy, osmaloną i zadrapaną twarz, a ubranie przypalone i zakrwawione.
-Luhan... co ci się stało...? - zapytałem, czując jak mój głos drży. Teraz byłem pewny, że to nie sprawka Chanyeol'a.
-Nie ma czasu Lay! Kris... oni porywają Krisa!! - krzyknął, ciągnąc mnie za ramię w stronę korytarza. Natychmiast mu się wyrwałem, zmuszając go do zatrzymania się.
-Kto porywa Krisa?! Luhan, powiedz mi co się dzieje!
-Sam nie wiem! Spałem u siebie w pokoju, gdy nagle usłyszałem huk i krzyk Tao. Wyszedłem na korytarz, żeby zobaczyć co się stało i zobaczyłem Krisa, całego we krwi i leżącego pod ścianą. Wszystko wokół płonęło, a w ich pokoju stali jacyś ludzie. Byli uzbrojeni i gdy tylko mnie spostrzegli od razu wycelowali we mnie. W zabiciu mnie przeszkodził im Sehun, wytwarzając małe tornado. Od razu skontaktowałem się telepatycznie z resztą, próbując ich obudzić, ale z tobą nie mogłem nawiązać kontaktu. Dlaczego, do cholery, śpisz z zamkniętym umysłem?! - wywrzeszczał na jednym oddechu, łapiąc mnie za koszulkę. Oczy Luhan'a zaszły łzami.
-Luhan, ja nie blokowałem dostępu... nie wiem co się stało, ale ja nigdy nie zamykam umysłu. Nigdy!
-Teraz to już nie ważne! Musimy się pośpieszyć! - skinąłem szybko głową i wybiegliśmy z pokoju, kierując się w stronę sypialni Tao i Krisa.

To, co zobaczyłem przed sobą przeraziło mnie do końca. Moi przyjaciele, cali we krwi, poparzeni, na skraju wytrzymałości walczyli z ludźmi w czarnych mundurach i maskach na twarzach. Nie... to nie byli ludzie. To maszyny. Roboty bez uczuć, współczucia. Zimne, bezduszne sterty kabli i stali. Po czym poznałem? To proste. Jeden z nich nie miał rąk, z ciała wystawały mu jedynie iskrzące się kable. Mogę się założyć, że to sprawka Tao. Moją uwagę przykuł leżący po stronie robotów Kris. Był nieprzytomny i lekko krwawił z rany na głowie. Chciałem mu pomóc. Ale niby jak miałbym się do niego dostać? Cholera!!
Luhan włączył się do walki, rzucając w roboty cokolwiek miał pod ręką. A raczej, pod myślą. Czasem wspomagał D.O., nadając jego kolcom z ziemi z zewnątrz niezwykłej mocy destrukcji. Walczyli wszyscy. Każdy starał się jak mógł, by pokonać wrogów i odbić Krisa. A ja? Nie mogłem im pomóc. Moje moce są do leczenia, uzdrawiania. Nie do zadawania ran. Przynajmniej nie robotom. I nawet jeśli w dzieciństwie uczyłem się walki wręcz, to teraz, w walce przeciwko maszynom ta umiejętność na nic się nie przyda. Zacisnąłem pięści z bezsilności. Nie chciałem patrzeć, jak moi przyjaciele cierpią, jak Kris zostaje porwany, a już tym bardziej jak któryś z nich umiera. Spojrzałem na Kai'a. Tak jak Tao i ja miał umiejętność, która nie przydawała się w pojedynkach. Ale on i Tao potrafili walczyć mieczem.
-Lay, uważaj!
Usłyszałem głos Xiumina i natychmiast spojrzałem przed siebie. Zdążyłem tylko zarejestrować robota celującego we mnie z ogromnego pistoletu, i w następnej sekundzie leżałem na ziemi, przygnieciony ciałem Chanyeol'a.
-Lay, w porządku? - zapytał słabym głosem, wpatrując się we mnie jego wielkimi oczami. Poczułem jak moja koszulka przemaka czymś lepkim. Chanyeol wstał ze mnie, chwiejąc się lekko.
-Chanyeol, ty...
-Cii, to nic. - uśmiechnął się szeroko, jednak ja wiedziałem, że cierpi. To on był najbardziej ranny z całej dwunastki.
-Jak to nic? Poczekaj, zaraz cię uleczę. - powiedziałem, wstając. Wyciągnąłem rękę, by go uleczyć, ale on złapał ją i odsunął od siebie.
-Nie, musisz zachować siły na wyleczenie reszty. Mnie nic nie będzie. Jestem przecież wirusem szczęścia, prawda? Nie mogę umrzeć tak łatwo!
-Chanyeol, proszę! Mam wystarczająco dużo sił, by uzdrowić was wszystkich!
Chłopak poklepał mnie po głowie, a jego uśmiech zmniejszył się.
-Wybacz Lay, uważaj na siebie, dobrze?
-Chanyeol!
Nagle krzyk Baekhyuna rozniósł się po korytarzu, przyprawiając mnie o dreszcze. Był pełen bólu. Chanyeol zmarszczył brwi.
-Schowaj się! - krzyknął do mnie i pobiegł w stronę kaszlącego krwią Baekhyuna, atakując robota kulą ognia.
Bałem się. Ukryłem się za drzwiami do sypialni Kai'a, próbując wymyślić coś, co pomogłoby pokonać te maszyny, ale krzyki moich przyjaciół skutecznie mnie rozpraszały. Nie miałem pojęcia, kto nasłał je na nas, ale byłem przekonany, że są odporne na nasze moce. Uszkodziły je tylko ataki Tao i Kai'a, może ewentualnie D.O.. Ale to wszystko. Nikt inny nie zdołał ich zranić. I to mnie najbardziej nurtowało. Jak mamy je pokonać, skoro tylko trójka z nas ma takie umiejętności? Zadrżałem, gdy usłyszałem wrzask Suho. Myśl Lay, myśl! Co robić... Co robić?!
-Kris!!
Wyjrzałem zza drzwi, by zobaczyć co się stało. Moim oczom ukazał się przerażający widok. Kris przerzucony przez ramię najmniej uszkodzonego robota, nieprzytomny Chen leżący pod ścianą, wymiotujący krwią Baekhyun, ranny Kai chroniony przez D.O., Tao usiłujący odbić Krisa... Ale najbardziej w oczy rzucił mi się Chanyeol, absorbujący ogień z płonącego pokoju. Wiedziałem, co chce zrobić. Próbował przyzwać Feniksa; jego najpotężniejszą technikę.
Za chłopakiem powoli zaczął tworzyć się przepiękny, ognisty ptak. Rozpostarł skrzydła w dostojnej manierze, wydając przy tym miłe dla ucha dźwięki.
-Tao, odsuń się! - powiedział Chanyeol, spokojnym acz stanowczym głosem. Głosem, który nie tolerował sprzeciwu. W takich momentach Chanyeol nie przypominał siebie; wiecznie uśmiechniętego, zdolnego do jakiegokolwiek wybryku Chanyeol'a.
Tao grzecznie posłuchał, nie chcąc narażać się na oberwanie Feniksem. Wiedział, że starszy jest wściekły, a im bardziej zły jest Chanyeol, tym większą moc ma jego technika. Emocje były dla niego paliwem napędowym.
-Żryj to, pieprzona kupo żelastwa!!! - wrzasnął chłopak, a zza jego pleców wystrzelił Feniks, kierując się prosto na roboty i nieprzytomnego Krisa. Kątem oka zauważyłem, że przez twarz Tao przeszedł cień przerażenia. Wiedziałem jednak, że nie było się czego bać. Kris może być jedynie lekko poparzony, bo jakby na to nie patrzeć, Chanyeol wciąż nie kontrolował swoich mocy. Ale od czego byłem ja? Owszem, nie przydaję się w walce, ale leczyć potrafię.
Nagle wszystko wokół rozbłysło jaskrawym światłem, a jedynym dźwiękiem, jaki usłyszałem był głośny huk. Kilka sekund później światło zniknęło. Szczątki robotów walały się wszędzie po podłodze, a raczej w miejscach, które kiedyś nią były. Będziemy musieli znaleźć sobie chyba nowe mieszkanie... jak upierdliwie. Westchnąłem ciężko, jednak szeroki uśmiech zagościł na mojej twarzy, gdy tylko rozległ się zwycięski okrzyk Chanyeol'a, a zaraz po nim Xiumin'a, Baekhyun'a, D.O, i w ogóle całej reszty. Nareszcie koniec, więc mogę zabrać się za moją robotę. Rozejrzałem się, sprawdzając wzrokiem stan każdego z chłopaków. Tak jak myślałem, to Yeollie był najbardziej ranny. Ruszyłem w jego stronę.
-Chłopaki...? Gdzie jest Kris...? - zapytał nagle Tao; jego głos drżał. Przystanąłem na chwilę, szukając Krisa wśród szczątków maszyn. Chanyeol podszedł najbliżej, dokładnie sprawdzając każdy zakamarek pozostałości po pokoju. Usłyszałem szelest i dźwięk odbezpieczanej broni. Spojrzałem w stronę źródła tego dźwięku, w górę. Nad nami unosił się jeden z robotów. Przez ramię przewiesił nieprzytomnego Krisa, a w mechanicznej dłoni trzymał wielki, odbezpieczony już pistolet, który teraz wycelowany był w jednego z nas. Powędrowałem wzrokiem za możliwą trasą pocisku.
Chanyeol.
Tao zacisnął pięści na mieczu, z jego ust wydobył się złowieszczy syk. Nagle wyskoczył do góry, odbijając się od gruzu ze ścian i rzucił się na robota. Zanim zdążył go dosięgnąć, maszyna pociągnęła za spust. Rozległ się głośny huk i od tego momentu wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Pocisk przebijający Chanyeol'a na wylot, jego ciało opadające powoli na ziemię, krzyki przyjaciół, robot znikający gdzieś z Krisem i Tao.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Z szoku chyba zapomniałem jak się oddycha. Ogarnęło mnie przerażenie; czułem, że trzęsę się jak galaretka. Słyszałem tylko szybkie bicie swojego serca, nic więcej. Tak, jakbym nagle ogłuchnął. Ale w tym samym momencie zmysły przywrócił mi zapłakany Baekhyun.
-Lay! Lay, proszę, pomóż mu! Uratuj go! Nie pozwól mu zginąć! - krzyczał, ciągnąć mnie w stronę Chanyeol'a. Nie wiem, czy któryś z jego krzyków do mnie dotarł; byłem zbyt roztrzęsiony, by się skupić na tym, co on do mnie mówił.
W końcu znalazłem się obok Chanyeol'a. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy była wciąż powiększająca się, spora już kałuża krwi. Potem słaby, ciężki oddech chłopaka oraz fakt, że ciągle jest przytomny. I przez to strasznie cierpi. W jego dużych oczach pojawiły się łzy. Uklęknąłem przy nim, łapiąc go za rękę. Stający za mną Baekhyun szlochał głośno, tak samo jak reszta chłopaków. Nabrałem powietrza w płuca, starając się opanować i skupić. Tak naprawdę chciałem tylko przestać drżeć. Chciałem przestać czuć strach. Przecież mu pomogę; uratuję go. Prawda...?
-Lay.... - usłyszałem cichy, ochrypnięty głos Chanyeol'a. - Proszę... pomóż mi.... ja nie chcę... umierać...
-Nie zginiesz. Nie pozwolę ci, rozumiesz?! - krzyknąłem, czując, że całą moją koncentrację szlag trafił. Zacząłem trząść się jeszcze bardziej, nie mogłem pozbierać myśli. Ogarniał mnie strach. Chanyeol bardzo szybko tracił krew, i równie szybko opadał z sił. Robił się coraz bardziej blady. Chociaż mogę się założyć, że ja jestem już biały jak kreda.
-Lay... - wychrypiał znów, patrząc na mnie załzawionymi oczami. - Zginę... prawda...?
Pokręciłem przecząco głową w odpowiedzi. Głos ugrzęzł mi w gardle i nie mogłem wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie wiedziałem, co robić; jak mam się zabrać do leczenie młodszego. Miał tyle ran, każda poważna. Ale najgorsza była chyba ta ostatnia, w okolicy serca.
Przyłożyłem delikatnie dłoń do rany, skupiając w niej całą swoją moc. Wydobyło się z niej słabe, seledynowe światełko, podobne do mgły. Zaczęło powoli wnikać w ciało Chanyeol'a. Jednak Yeollie stracił za dużo krwi. Moja moc była niewystarczająca by mu pomóc. Ale nie chciałem się poddawać. Nie mogłem oddać mojego przyjaciela bez walki.
-Lay...
-Cii... uratuję cię, zobaczysz. - powiedziałem, choć nie wierzyłem w to do końca. Mój głos drżał, tak samo jak dłonie. Do oczu cisnęły się łzy.
-Lay... daj sobie spokój... mnie już nic... nie.... pomoże....
-Nie mów tak! Już nic nie mów... po prost siedź cicho... - jęknąłem. Chanyeol opadał z sił w zastraszającym tempie. Gdyby tylko.... gdyby tylko był tu Tao. Zatrzymałby czas Chanyeol'a, wtedy dałbym radę go uzdrowić.
-Wybacz... przepraszam... za... wszystko...
Po moich policzkach popłynęły łzy. Zawiodłem jako uzdrowiciel. Nie dotrzymałem obietnicy.... nie zdołałem mu pomóc.
-Chanyeol... Yeollie... nie rób mi tego... otwórz oczy... proszę...! - zacząłem nim trząść, choć wiedziałem, że to nic nie da. Happy Virus odszedł. Zginął. A ja nie potrafiłem mu pomóc. - Yeollie...
Od Chanyeol'a odsunął mnie Kai. Przytulił mnie mocno do siebie, pozwalając mi się wypłakać. Sam też płakał. Czułem to. Moje miejsce przy Chanyeol'u zajął Baekhyun. „Dziewczyna” chłopaka. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać jak on musiał się czuć. Do tego dochodziła informacja, gdzie są Kris i Tao. To było za wiele jak dla mnie. Zacisnąłem pięści na potarganej i przypalonej koszulce Kai'a, wtulając się w jego klatkę piersiową. Zaniosłem się płaczem. Miałem dość. Teraz to ja chciałem zginąć. Ale wiedziałem, że sprawię tym ból osobom, którym na mnie zależy. Co ja mam teraz robić....?

"Chanyeol, wybacz mi. Nie dotrzymałem obietnicy. Nie uratowałem cię... przepraszam, że cię zawiodłem. To się już nigdy nie powtórzy. Więc proszę... błagam.... nie nienawidź mnie... Yeollie..."